RSS
czwartek, 18 sierpnia 2011
Coś się kończy, coś się zaczyna

Nie pisałem tutaj bardzo długo. I nie jest powodem fakt, że byłem wyjątkowo zajęty i zapracowany. Oczywiście najłatwiej byłoby się tym wytłumaczyć - proste rzeczy przecież mogą być prawdą, aczkolwiek nie w tym przypadku. Takie małe kłamstewko jest kompletnie niekompatybilne z moim poczuciem uczciwości. I pomimo, iż to poczucie nie jest zwykle zbyt wielkie, to jednak po takiej przerwie w prowadzeniu bloga należy się czytelnikowi bardziej szczere słowo wyjaśnienia. Jest jeden powód dla którego nie pisałem. Ten jeden powód można przedstawić na dwa sposoby:

 

1. Sposób krótkich ujęć(w montażowym sensie):

(Kamera pokazuje moją twarz w zbliżeniu). Ja: Nie chciało mi się. (cięcie. W ujęciu drugim kamera pokazuje mnie w półzbliżeniu)* Ja: To z lenistwa.

 

2. Sposób długich ujęć:

(Plan ogólny. W kadrze moja postać która stoi przy oknie. Odchodzę od okna i idę w lewo, w strone fotela. Kamera panoramuje w lewo razem ze mną) Ja(idąc): Nie pisałem, ponieważ nie czułem takiej potrzeby. (cięcie, w następnym ujęciu siedzę na krześle. Półzbliżenie) Ja: Nie czułem, że mam coś nowego do powiedzenia. A wiedziałem, że forma moich wypowiedzi musi się zmienić. Oraz ja sam muszę się zmienić. Myślę, że pół roku to dobry czas. Ja się zmieniłem, niektóre moje poglądy i sposób patrzenia się zmieniły. Styl się z pewnością w jakiś sposób wyklarował. Musiałem dojść do momentu w którym mam coś do powiedzenia. Jednak to za mało – trzeba także chcieć się tym podzielić. Do tej pory nie miałem takiej potrzeby, wystarczyło mi zachowywanie wszystkiego dla siebie. (cięcie. W następnym ujęciu w kadrze pojawia się głodne murzyńskie dziecko)* Ja(z offu): Obraz który teraz widzicie ma służyć oczywiście twórczemu szokowi, kontrastowi. Trzeba go porównać z...(nagłe cięcie, znowu twarz moja osobista) Ja: Nie, to nie ta bajka. Wracając do tematu, i teraz już krótko: oczekujcie nowych wpisów, zupełnie innych od tego co pisywałem wcześniej. Co dokładnie mam do przekazania? Zobaczycie wkrótce...

 

 

 

*dla tych którzy posiadają niezaawansowaną wyobraźnie:

moja twarz:

murzyńskie, głodne dziecko:

17:42, hildek18
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Polowanie

„Zabić go, czy nie zabić?”- zadał sobie w duchu pytanie Alan. Właściwie tylko je poczuł- nie było czasu by je wypowiedzieć nawet w myślach; rozwścieczony lew już szykował się do skoku by jednym ruchem swojej potężnej łapy rozszarpać Benjamina. Pytanie które sobie zadał Alan może wydawać się dziwne: przecież lew był od niego w odległości dwudziestupięciu metrów a więc wystarczyło by tylko nacisnął spust swojego starego winchestera z którego dokładnie wymierzył, by zwierz został powalony a Benjamin uratowany. Alan kontem oka dostrzegł błagalny wzrok myśliwego. Myśliwego, którego w wyobraźni zabijał osobiście dziesiątki razy....

 

 

***

 

Było to trzecie safari Alana, a pierwsze na które zabrał swoją żonę. Miał zamiar upolować kilka dorodnych bawolców i tym samym podtrzymać wśród myśliwych opinie zdobytą rok wcześniej; że nie jest kolejnym bogatym Amerykaninem nie rozumiejącym idei polowań na afrykańskie zwierzęta. Udowodnił to nie tylko tym, że ustrzelił jednego z największych nosorożców jakiego widzieli miejscowi lecz także swoim opanowaniem i znajomością zasad jakimi posługują się myśliwi. Polując na gazelę jego sprawne oko dostrzegło w trawię kilka młodych- nie strzelił, mimo że miał na widoku jeden z największych okazów antylopy jakie może zobaczyć myśliwy. Mało który Amerykanin zastosowałby się na jego miejscu do niezabijania matek opiekujących się młodymi. Większość skusiłaby się oddać strzał- wszak takimi rogami nie można pochwalić się zbyt często. Swoim postępkiem Alan wyrobił sobie sławę wśród myśliwych towarzyszących turystom na polowaniach.

Już pierwszego dnia było jasne, że Benjamin nie przypadnie do gustu Alanowi. Mimo swoich czterdziestu lat i opinii doświadczonego myśliwego przy którym żaden turysta nie został ranny, sprawiał wrażenie gnojka który musi popisać się w każdej dziedzinie życia. Nie podobało mu się również to jakim wzrokiem patrzał na jego żonę. I jakimi uśmiechami ją obdarowywał. Najbardziej jednak nie podobała mu się reakcja jego partnerki życiowej – widać było, że nie podziela negatywnej opinii Alana i wyraźnie jest zauroczona poczuciem humoru i komplementami myśliwego, który został im przydzielony na to polowanie.

Benjamin był naprawdę dobrym i dojrzałym myśliwym. Polowania kochał: zajmował się tym fachem od dwudziestego roku życia. O Alanie słyszał wiele dobrego od Johna, który był przewodnikiem - myśliwym Amerykanina rok wcześniej. To on był świadkiem jego umiejętności łowieckich i z zachwytem opowiadał o nich Benowi. Nic dziwnego, że ten słysząc , iż w tym roku to on będzie myśliwym przydzielonym Alanowi, ucieszył się. Był pewny, że pozna w nim bratnią duszę łowcy. Wszystko jednak zmieniło się gdy dostał w swoje ręce artykuł o Alanie w którym umieszczona była fotografia jego. Lecz nie on przykuł uwagę Benjamina- była to towarzysząca mu piękna, rudowłosa, trzydziestoletnia dziewczyna. Pięćdziesięcioletni Alan wydał mu się przy niej okropnym staruchem, ona zaś kontrastowała przy nim swoimi delikatnymi rysami.

- Witajcie! Jestem Benjamin! Ale możecie mi mówić Ben. Tak mówią mi bliżsi znajomi, a nie wątpię, że na tej wyprawie my takimi zostaniemy- przywitał się Ben patrząc w oczy Jodie wręcz bezczelnie dając do zrozumienia, że mówiąc „my” miał na myśli siebie i żonę Alana.

- Cześć Ben! Mam nadzieję, że nie dasz zabić mojego męża przez jakiegoś dzikiego zwierza- odpowiedziała z uśmiechem Jodie.

„Uważaj gnojku bym to ja Ciebie nie musiał ratować od dzikiego zwierza” chciał powiedzieć Alan, ale jednak wybrał dyplomatyczną drogę:

- Witaj! Słyszałem o Tobie wiele dobrego. Przy Tobie nie został jeszcze ranny żaden turysta. Widzisz kochanie- tu zwrócił się do żony- nie masz się czego obawiać.

- Ale nie zapominajmy o pani mężu! - dalej rozmawiał i patrzył na Jodie – o nim tu chodzą legendy. Moja rola ograniczy się tylko do roli przewodnika, Alan z pewnością da sobie radę.

Jodie znów się uśmiechnęła:

- Tak, słyszałam o tych legendach. Mam nadzieję, Al, że pokarzesz mi na czym polega idea polowań- i z chichotem szturchnęła łokciem męża.

To ostatnie zdanie dało obu mężczyznom jasno do zrozumienia, że nie będzie to zwykła wyprawa na polowanie lecz walka o względy w oczach kobiety.

W ciągu następnych kilku dni Alan coraz trudniej ukrywał swoje zdenerwowanie gdy widział jak Jodie śmieje się z opowieści Benjamina. Nigdy też nie zwrócił się do niego per „Ben” lecz zawsze używał zimnego, oficjalnego zwrotu „Benjamin”. Jodie co wieczór śmiała się razem z mężem z jego zazdrości i tłumaczyła się, że Ben jest zabawną odskocznią od jej amerykańskiego życia i traktuje go raczej jako duże dziecko.

- Ty nie możesz być taką odskocznią, ponieważ zawsze mi będziesz przypominał to co amerykańskie. Nie przejmuj się tym wszystkim tak- i mocno przytuliła się do męża.

W dziedzinie polowania także nie szło najlepiej. Mijał już piąty dzień a jedyne co upolowali to jeden mały nosorożec i średniej wielkości dwa bawolce. Na tym polu nie mógł więc udowodnić swojej wyższości ani Alan ani Benjamin. Za to na polu towarzyskim wyraźnie prowadził ten drugi. Oboje jednak byli zgodni w tym, że brak zwierzyny to wina Murzyna którego opłacali by wskazał im miejsca gdzie można było spotkać faunę Afryki. Oddalili więc czarnego przewodnika i Alan wyruszył do oddalonej o dwie godziny drogi wioski by znaleźć kolejnego. Nie było to trudne zadanie gdyż okazało się, że w wiosce jest jeden mieszkaniec który już dwukrotnie pełnił rolę przewodnika. Alan postanowił więc nie spędzać nocy z miejscowymi tylko wrócić wraz z Murzynem do swojego obozu wieczorem.

Gdy zbliżał się do celu usłyszał głośne śmiechy swojej żony rozmawiającej z Benem. Alan pomyślał, że widocznie musieli zaprawić się whisky, z którą nie rozstawał się nawet na polowaniu. Gdy podchodził coraz bliżej, głosy naglę ucichły. Amerykanin dał znak Murzynowi by ten zwolnił i szedł cicho. Gdy dotarł na miejsce, oczom jego ukazał się przerażający widok- Jodie siedziała na ziemi, rękoma podpierając się za plecami, a jej policzki były obejmowane przez dłonie Benjamina, który delikatnie ją całował. Alan upuścił na ziemie bukłak z wodą tak głośno by tamci usłyszeli, że się zbliża.

- O, wróciłeś dzisiaj? Nie spodziewaliśmy się. Widzę, że jesteś też wybitnym poszukiwaczem przewodników- powiedziała z uśmiechem.

- Pomyślałem, że skoro szybko znalazłem odpowiedniego człowieka, bez sensu będzie spędzać noc w wiosce. Okazało się, że kilka mil stąd jest miejsce w którym widziano antylopy. Trzeba iść spać jeżeli chcemy mieć szanse upolować naprawdę duże trofea.- wytłumaczył Alan.

Mówiąc to jego oczy spotkały się z ostrym spojrzeniem Benjamina.

 

***

 

„Zabić go, czy nie zabić” - to pytanie mogło dla Benjamina okazać się wyrokiem. Celował prosto w serce lwa, wiedział, że z tej odległości nie może chybić. Wiedział też, że nie naciskając spustu popełni morderstwo doskonałe i pozbędzie się rywala raz na zawsze. Już był prawie zdecydowany. Jednak kątem oka zobaczył błagalne spojrzenie Benjamina, a zwierzę skoczyło, pojawiła się znów nie sprecyzowana myśl: „ale przecież on nie zasługuję na taki koniec...” . Wystrzelił w momencie w którym lew dosięgną łapą szyi myśliwego. Kula musiała trafić prosto w serce, ponieważ lew natychmiast upadł na ziemię martwy. Alan podbiegł natychmiast do Benjamina. Pazury zwierzęcia zdążyły rozszarpać szyję łowcy. Benjamin, który w ułamku sekundy stracił krtań i tętnicę musiał umrzeć w przeciągu kilku sekund.

03:01, hildek18
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Stadion

Kiedy byłem małym chłopcem, w czasach gdy za słowo „dupa” wypowiedziane przez kolegę reagowało się nieśmiertelnym „pójdę do Pani”, odbierałem Stadion zupełnie naiwnie. Czyli tak jak odbierać się go powinno; Piłka nożna, międzyszkolne zawody lekkoatletyczne, wiosenne zajęcia wychowania fizycznego(Stadion od mojej podstawówki był oddalony o zaledwie pół kilometra)- z tym kojarzył mi się zawsze ten stary, treningowy obiekt młodzieżówki miejskiej drużyny piłkarskiej. Wiele razy startowałem w zawodach o Puchar Prezydenta miasta w różnych konkurencjach. Najlepiej zawsze wychodził mi bieg przez płotki. Piłki nożnej specjalnie nie lubiłem- jeżeli już grałem to zawsze na bramce w tym „lepszym” składzie, ponieważ bramkarzem także byłem złym lecz w lepszej drużynie piłka rzadziej dochodziła do własnej bramki więc miałem mniej okazji do nieudolnego bronienia.

W latach późniejszych sytuacja się trochę zmieniła- kiedy już można było wyjść z domu z kolegami na dłużej, często chodziliśmy pograć w piłkę na Stadion. Rodzice mi na to pozwalali, ponieważ znajdował się właściwie po drugiej stronie ulicy. Dokładnie na wprost mojego domu znajdował się stary, czarny parking nieistniejącego już zakładu tworzyw sztucznych „Krywałd-Erg”( do dziś zawsze stoi tam pełno Tirów), a po jego lewej stronie znajdowała się wschodnia ściana Stadionu. Bramy Stadionu były zamknięte dlatego wchodziło się na jego teren przez liczne dziury w płocie, najczęściej właśnie od strony parkingu. Poza częścią „od ulicy” cały obiekt otoczony był wielkim i starym lasem. Czasem, jak nie chciało się wchodzić płotem, szło się do lasu i od drugiej strony wchodziło pograć. Najpierw trzeba było przejść jakieś trzysta metrów leśną ścieżką, by w końcu odbić w lewo i przeskoczyć na mniejsze, całkowicie umieszczone w lesie, boisko. Na tym zachwaszczonym „mini-stadionie” grywało się kiedy Stadion był zajęty przez zawodników „Concordii Knurów”. Na Mały Stadion chodziło się także czasami z matką, ponieważ w jego zachodnim skrzydle znajdowała się duża ilość krzaków malin. Przeżyło się na nim wiele różnych chwil, nie tylko związanych z piłką. Kiedyś zjadłem tam dżdżownicę. Był to zakład o kilka żetonów z Chipsów. Pierwszy raz też prawdziwie się biłem- nie pamiętam o co poszło ale wiem, że było to umówione od kilku dni spotkanie, więc przyszła prawie cała moja klasa i kilka osób z innych roczników. Sam miałem chyba z dziewięć, może dziesięć lat. A może osiem lub jedenaście... nieistotne. Pamiętam tylko ten strach i napięcie, i ten moment kiedy wszyscy rzucili się nas rozdzielić gdy któremuś zaczęła lecieć krew z nosa. Niestety ktoś poskarżył się pani wychowawczyni i już na drugi dzień dostałem lanie za uwagę w zeszycie i wezwanie do szkoły...

Na właściwy Stadion wchodziło się tylko czasem; w trakcie wuefu, zawodów i czasem, z lekkim uczuciem skrępowania, by pograć w piłkę. Mimo że uchodził i uchodzi do dzisiaj za obiekt nadający się najwyżej do zrównania z ziemią, dla Nas, którzy widzieliśmy tylko boiska szkolne i zniszczony mały stadion ukryty w lesie, był to obiekt zbyt czysty i oficjalny by na niego wchodzić. Zielona, co kilka dni strzyżona trawa, prawdziwe bramki z siatką, bieżnia wokół boiska, i co najważniejsze: w jednym miejscu trybuny z zadaszeniem. Były stare i zniszczone, lecz tylko tam dało się siedzieć publiczności- były tam prawdziwe, metalowe ławki, a co najważniejsze- nie rosła tam żadna, dzika roślinność. Na dodatek trybuny od boiska oddzielała metalowa siatka. Niby można było przez nią przeskakiwać by sobie pograć na prawdziwym(w naszym,dziecinnym rozumieniu) stadionie, lecz zawsze była takim symbolem zakazu wstępu. Czasem odważyliśmy się pograć na Stadionie.

Już wtedy, na przełomie trzeciej i czwartej klasy zauważyłem wraz z kolegami, że trybuny nie służą tylko do oglądania meczów i zawodów. Gdy grywaliśmy na małym stadionie widzieliśmy, że czasem siedzą tam starsze dzieciaki(dla nas byli to już dorośli ludzie) nawet, gdy nie trwał żaden mecz. Najczęściej widzieliśmy je od godziny szesnastej i później. W pewnym momencie to, że siedzieli tam jacyś głośno zachowujący się ludzie stało się regułą. Wszyscy wiedzieliśmy, że nie powinniśmy do nich podchodzić. Jednak pewnego razu, wraz z kolegą Przemkiem, uzbieraliśmy dwa złote. Starczyłoby to na dwie, małe paczki chipsów. Gdy wpadliśmy na pomysł wydania tych pieniędzy, graliśmy na małym stadionie. Oboje z Przemkiem zmęczyliśmy się grą dlatego uznaliśmy, że najlepiej będzie, jeśli wybierzemy najkrótszą drogę- ukosem przez stadion, prosto do bocznego wyjścia którym wyjdzie się na ulicę przy której znajduje się sklep. Na przeszkodzie stały tylko starsze dzieciaki. Przecież przechodząc przez środek Stadionu będą nas widziały jak na dłoni! Stwierdziliśmy jednak, że warto zaryzykować dla skrócenia sobie drogi. Szliśmy powoli, tak jakbyśmy czuli, że przyśpieszając kroku, Ci starsi nas bardziej zauważą. Staraliśmy się ominąć trybunę jak największym łukiem. Nagle spełniły się moje najgorsze przeczucia! Gdy usłyszałem krzyk „Te, młode! Chodźcie no tu!”, e stanąłem i serce podeszło mi do gardła. Nie wiedzieliśmy z Przemkiem co robić. Zignorowaliśmy zawołanie i patrzeliśmy na siebie.

-No mówię chodźcie tu!- krzyczał ktoś z trybun.

Czuliśmy, że jeśli nie pójdziemy, starsze dzieciaki się na nas jakoś zemszczą. Podeszliśmy blisko przełykając ślinę. Zrobiło mi się strasznie gorąco a wszystko dookoła przybrało zieloną barwę.

Na trybunie siedziały może ze cztery osoby: trzech chłopaków i jedna dziewczyna. Mieli jakieś czternaście, piętnaście lat. Dwoje z nich trzymało w ręku papierosy, pili także piwo. Dla mnie z Przemkiem wydało się to czymś strasznym: trafić do towarzystwa które pije i pali! W dodatku jak przeklina!

- Nie wiecie, że po tym stadionie nie wolno chodzić?-nagle zapytał się jeden rudy chłopak. Zabrałem w sobie sił i odpowiedziałem:

- No ale Wy tu siedzicie. Czemu Wy możecie?

- Bo my jesteśmy starsi. Nie wiesz, że dzieci tu mają zakaz wstępu? Zaraz zadzwonie po policję, żeby Was zgarneli! Ciekawe co na to Wasi rodzice?

Naprawdę się wystraszyłem tego co powiedział rudy chłopak. Policji się nie bałem, ale za to razów od ojca już tak.

-Ale my nie wiedzieliśmy...proszę, nie dzwońcie po policje- błągał Przemek.

Nagle jedna dziewczyna zaczęła się śmiać. Oznajmiła:

- Dobra, jak nie chcecie byśmy zadzwonili po pały, musicie iść do sklepu i kupić nam papierosy.

Odrzekłem zgodnie z prawdą:

- Ale my nie mamy pieniędzy. Mamy tylko dwa złote...

- Ja pierdole, co za idiota- powiedziała do siebie dziewczyna- to kupcie na sztuki. Trzydzieści groszy kosztuje jedna. Na nas czworo wystarczy. No już, spierdalać. Widzę Was za dziesięć minut.

Nie muszę dodawać, że oczywiście kupiliśmy żądane papierosy. To były czasy, kiedy w każdym sklepie sprzedawczyni sprzedała papierosy i alkohol nawet przedszkolakowi, jeżeli znała rodziców i wiedziała, że to dla nich. Rodzicom nic nie mówiłem o przygodzie, jednak kilka dni później samo się wydało gdy sklepikarka spytała matki czy dla niej był te papierosy. By nie dostać lania musiałem powiedzieć prawdę. Później razem z ojcem udaliśmy się do rodziców jednego chłopaka który tam siedział, a którego byłem w stanie rozpoznać gdyż był ministrantem w naszej parafii.

Takich sytuacji było bardzo wiele. Dorastaliśmy z przeświadczeniem, że na trybunach ciągle siedzi miejscowa, starsza młodzież, pije piwo i nie wiadomo co jeszcze robi. Rodzice wieczorami zabraniali chodzić na Stadion, jednak czasem się nie słuchaliśmy i często obrywaliśmy, i , jak wtedy się nam wydawało, byliśmy okropnie poniżani przez starszych. A wtedy ogromnym upokorzeniem było nawet ściągnięcie czapki z głowy i rzuceniem w kałużę lub zmuszanie do wchodzenia na pobliski budynek wspomnianego wcześniej zakładu przemysłowego. Kilka razy naprawdę przedobrzyli, na przykład gdy zamknęli kolegę w pokoju na piętrze jakiegoś nieużytku, poszli sobie ale wmówili mu, że cały czas są obok. Zastawili drzwi jakimiś starymi oknami, tak, że gdyby próbował je otworzyć, szkło narobiłoby wielkiego hałasu. Kolega więc nie miał wyjścia i wyskoczył przez okno gdy siedział tam przerażony kilka godzin. Na szczęście, poza skręconą nogą, nic mu się poważniejszego nie stało. Takie sytuacje obrazują jednak jaką grozą musiały nas napawać dzieciaki ze Stadionu.

I tak mijały miesiące, nasze życie się zmieniało. Przyszło gimnazjum, przekleństwa bez strachu, że ktoś pójdzie do Pani, pierwsze piwo.

I tu znów pojawił się w moim życiu stadion. Tylko, że z zupełnie innej strony. Któregoś niedzielnego popołudnia, chyba późnowiosennego, udaliśmy się z Przemkien na stadion w jakże niecnym celu: po raz pierwszy w życiu się upić. Z tego powodu wyruszyliśmy się do sklepu i zakupiliśmy trzy piwa. Dobrze pamiętałem jak zareagowałem kiedy w szóstej klasie wypiłem pół piwa, dlatego uznałem, że jedno całe, może półtora, w zupełności mi wystarczy. Z zakupionym napojem udaliśmy się na Stadion. Nie poszliśmy na trybuny ponieważ tam siedziała starsza młodzież(wtedy jeszcze się od niej stroniło) więc usiedliśmy sobie z drugiej strony obiektu, pod laskiem, w cieniu. Gdy wypiliśmy całe piwo wszystko było jasne- pierwszy raz w życiu alkoholowo zaszumiało nam w głowie! Prawictwo stracone, teraz można pić jak starsi koledzy z trybun!

Później z Przemkiem często tak się spotykaliśmy na piwo, potem doszło wino. Z całego dzieciństwa najmilej wspominam ten okres. I ten strach, czy też dobrze się wykombinowało z czasem i ilością by na powrót do domu wytrzeźwieć.

Rok później. Wiosna. Przed samymi wakacjami. Nie wiem dokładnie jak to się stało ale z dnia na dzień znalazłem się na trybunach Stadionu. Razem z tą „starszą” młodzieżą, która w większości była już dorosła. Fajnie było mieć starszych kumpli. Nie widziałem nic dziwnego w tym, że dwudziestoletni faceci i dziewczyny piją wódkę z czternastoletnim chłopcem. Nie czułem się jak maskotka. Były to czasy kiedy namiętnie słuchałem hip-hopu i mieć kolegów którzy ten hip-hop tworzą- to było coś.

Oczywiście szybko musiała przyjść pierwsza lufka. Nie paliło się marihuany tylko haszysz, ponieważ bardziej kopał.

-Ej, Hilduś. Zjarałeś się,hahahaha- ten śmiech Sebastiana pamiętam z pierwszej „fazy”.

Nawet nie zauważyłem kiedy to się stało ale nagle z dnia nadzień całe dnie zacząłem spędzać ze starszymi ziomkami, codziennie palić(nie musiałem mieć pieniędzy, jeden chłopak z towarzystwa handlował więc zawsze miał przy sobie). Codzienne też kłótnie w domu się pojawiły. Najbardziej pamiętam te przykre momenty gdy matka witała mnie tekstem:

-Pokarz oczy.- ja się opieram ale w końcu pokazuje- Ćpałeś!- brzmiał wyrok.

-Gdzie? Ja? Za dużo przeczytałaś tych broszurek co dają w szkole. Tam nawet piszą, że THC przyjmuje się dożylnie- nabijałem się z niej.

I tak mijały wakacje. Kumple po wyrokach, codzienne spalanie „butli”(zwykła butelka plastikowa ze sreberkiem z haszem zamiast nakrętki i dziurką pośrodku butli do zaciągania się), „tworzenie” hip-hopu, picie wódki z pobliskiej meliny(do dziś pamiętam cenę- siedem złotych za pół litra). Trwało to właściwie kilka miesięcy, ale za to jak intensywnie. Kto by pomyślał- pije teraz wódkę z tymi ludźmi których w dzieciństwie tak się bałem! Stadion stał się drugim domem- obojętnie o której porze dnia się tam przyszło, zawsze siedziało tam parę osób z flaszką lub chęcią na grudę(tak się mówiło na haszysz który sprzedawany jest w kostkach). Największym szczęściem było wtedy iść kupić taką grudę, trafić na naćpanego dilera i dostać dwa razy większą niż się chciało!

Na Stadionie często zdarzały się naprawdę dzikie imprezy. Czym wymyśliło się głupszą zabawę, tym lepiej. Pamiętam jak naćpany Dawid wybiegł kiedyś na środek murawy i zaczął robić kupę krzycząc, że zaraz wystartuje w kosmos od tego ciśnienia. Oczywiście wszyscy byli już tak wstawieni, że śmiali się z tego jak z najprzedniejszego żartu.

Pewnego dnia, na jakiejś stadionowej imprezie, odwiedziła nas Ania. Była ode mnie rok starsza i od wczesnego dzieciństwa miałem do niej strasznie erotyczny stosunek. Gdy byłem mały, bawiliśmy się w wojsko. Pewnego razu, zauważyłem, że coś wyróżnia ją od innych koleżanek; zaczynają jej rosnąć prawdziwe piersi. Gdy jej o tym powiedziałem, pozwoliła mi palcem jednej dotknąć! Nic dziwnego, że w późniejszych latach nabrałem do niej takiego erotycznego dystansu. Zwłaszcza, że kilka lat później, była pierwszą koleżanką która już to robiła. Bodajże od trzynastego roku życia.

Nic dziwnego więc, że kiedy przyszła na Stadion, moje hormony zaczęły szaleć. W pewnym momencie usłyszałem z jej ust:

-Muszę iść do lasu się załatwić. Hildek, pójdziesz ze mną? Nie lubie w nocy po lesie łazić.

Oczywiście, że się zgodziłem. W pewnym momencie sam poczułem potrzebę.

-Mogę się przy Tobie odlać?- zapytałem Ani.

- Spoko. Najlepiej tak, żebym Cię dobrze widziała. Ciekawa jestem co tam ma taki chłopaczek w spodniach- brzmiała jej odpowiedź.

Rozpiąłem rozporek, zrobiłem swoje, i odwróciłem się w jej stronę nie chowając TEGO. Złapała mnie za penisa.

- Hehe, jaki słodki ptaszek- powiedziała bawiąc się nim. W końcu go schowała z powrotem w spodnie i weszliśmy do lasu.

W pewnym momencie, jak gdyby nigdy nic, ściągnęła jeansy i już miała kucać do czynności fizjologicznej gdy się zapytała:

-Widziałeś kiedyś cipkę na żywo?.

-Nie- brzmiała moja szczera odpowiedź.

-To popatrz sobie. Możesz dotknąć.- i odwróciła się do mnie tyłem i wypięła. Podszedłem, dłonią pomacałem pośladki. W końcu poczułem coś mokrego. Ta zabawa trwała kilka minut. Ania po tym czasie już się odsunęła, przykucnęła, oddała mocz. Wróciliśmy jak gdyby nigdy nic, ja tylko co chwile wąchałem i lizałem swoje palce.

Tak wyglądało moje pierwsze, poważniejsze doświadczenie erotyczne. Pierwsze piwo, pierwsza lufka, pierwsza cipka- to wszystko miało miejsce na Stadionie. Trwało to zaledwie kilka miesięcy. Przyszła trzecia klasa gimnazjum. Byłem pewny, że zrobię tak jak koledzy- nie zdam klasy, rzucę szkołę i będę prowadził życie ziomka, który ma na wszystko wyjebane, tylko by jarał i wzorem tekstów hip-hopowych, pierdolił dziwki. Lecz kiedy zamknęli Patryka, coś we mnie pękło. Ojciec jego dziewczyny znalazł jej pamiętnik. Pisała w nim, że ją rżnął(on miał dwadzieścia, ona chyba niecałe czternaście lat), załatwiał jej dragi. Napisała też o kilku mniejszych i większych przestępstwach z nim związanych. Dziś Patryk siedzi już piąty, może szósty rok i nie zanosi się by szybko wyszedł. Sebastian uciekł do Anglii bo groziło mu to samo co Patrykowi, Dawid musiał przestać chodzić na Stadion bo i tak miał już zawiasy i by nie skończyć jak Patryk musiał pójść Policji na rękę(zamknęli wtedy z siedmiu dilerów, wielki sukces Knurowskiej Policji). Inny bywalec został śmiertelnie pobity za „konfidencję”. Moje bywanie na stadionie umarło śmiercią naturalną.

W trzeciej klasie wszystko się jakoś pozmieniało. Zacząłem się uczyć nie dlatego, że uznałem, iż bywanie na Stadionie i takie życie to coś złego, niemoralnego. Po prostu na Stadion nie było już po co przychodzić. Stałych bywalców albo pozamykali, albo pouciekali za granice. Ja zacząłem zbierać dobre oceny, upijałem się w „porządnym” towarzystwie. Nawet gusta muzyczne mi się zmieniły- to wtedy poznałem Kazika, Pidżamę, a trochę później Pantere, Slayera i Vadera.

Przyszedł czas na liceum. I wtedy Stadion znów zaczął żyć. Nowe pokolenie „złęj młodzieży” wyrosło i znów zaczęło tam spędzać czas. Ale wtedy na hałasy, które było słychać nawet w moim domu, dobiegające ze Stadionu patrzało się z pogardą. Nie rozumiałem jakim cudem ja, człowiek inteligentny, oczytany, z pasjami mogłem należeć do tego bydła. Tak, później patrzałem na tą młodzież jak na bydło a na dziewczyny tam chodzące jak na rozjechane kurwy. Co druga w wieku szesnastu lat zachodziła w ciążę.

Tak mijały lata, na Stadionie wciąż słychać było hałasy. Do czasu. Kiedy ktoś spalił zadaszenie na trybunach- już tak często nie odwiedzano stadionu. Ale wszystko skończyło się gdy Knurowska młodzież zakatowała cegłówkami miejscowego pijaczka. Przez kilka miesięcy dzieciaki chodziły oglądać plamę krwi na murze w miejscu, gdzie leżał jego mózg. Po tym wydarzeniu policja co chwile patrolował to miejsce- logiczne było, że nikt już tam nie mógł przesiadywać i..dorastać.

12:59, hildek18
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 listopada 2010
To ja zabiłem Laure Palmer.

Czy miałeś kiedyś wrażenie oglądając film, że jesteś obserwowany? Wrażenie, że idziesz przez las lub nocą przez opustoszałe miasto, a w każdym cieniu, za każdym rogiem jest ktoś kto na Ciebie patrzy? Tym kimś jest Ciemny Anioł. Ta czarna strona nas samych. Ten potencjalny morderca i gwałciciel.

Nie miałeś tak? Więc koniecznie musisz obejrzeć, jeśli oczywiście jeszcze nie widziałeś, serial „Miasteczko Twin Peaks”.Jest to wspaniałe dzieło znakomitego reżysera „z klimatem” Davida Lyncha. Te wszystkie wrażenia jakie wyżej opisałem towarzyszyły mi niemal przez wszystkie odcinki tego niezwykłego serialu. Dla tego, kto nie widział wydaje się to niepojęte. A jednak. Nie jest to ani horror. Zresztą żaden horror czegoś takiego by nie potrafił. Lynch tego dokonał.

„Twin Peaks” to dzisiaj kultowe dzieło. Główny wątek to, i tu przepiszę z wikipedii „śledztwo w sprawie zabójstwa licealistki Laury Palmer prowadzone przez ekscentrycznego agenta FBI Dale'a Coopera. Wraz z nim poznajemy miasteczko Twin Peaks, jego mieszkańców i ich mroczne sekrety. „. Serial został otoczony kultem a wiele kwestii na stałe weszło do masowej kultury. Właściwie nie dowiemy się co(„co”, ponieważ „kto” zabił wiemy. Ale nie wiemy „co” siedziało w tym kimś. Dziwne? Nie w tym filmie) zabiło Laurę Palmer, dlatego wśród amerykańskiej i światowej(w niektórych kręgach także polskiej) młodzieży popularna jest deklaracja „To ja zabiłem Laurę Palmer”. Swego czasu, jakieś pięć lat temu, sam miałem taki opis na gg. To tylko świadczy o sile oddziaływania tego serialu(wątki z Twin Peaks wykorzystywane były w piosenkach Myslovitz a także w „Casablance” Świetlików).

Główny wątek to jednak tylko pretekst. I tutaj napiszę o czymś co towarzyszy wielu książkom Kinga. A mianowicie o wykorzystaniu głównego wątku by pokazać o wiele więcej ciekawych zjawisk. Twin Peaks to z pozoru pozorna miejscowość jakich wiele w Ameryce. Ot, spokojnie sobie żyją licealiści, bezkonfliktowo zgadzają się z rodzicami, jest dobry szeryf i burmistrz, sklepik z pyszną kawą i apetycznymi plackami. Wszystko jednak burzy to potworne morderstwo i gwałt dokonany na wzorowej uczennicy; Laurze Palmer. I tu powoli okazuje się, że całą miejscowość ogarnia nieokreślone Zło. Zło pisane dużą literą, ponieważ ono żyje i decyduje. Jest świadome. Wraz z kolejnymi odcinkami poznajemy sekrety poszczególnych bohaterów: okazuje się na przykład, że Laura Palmer prowadziła podwójne, nocne życie, była związana z miejscowymi gangsterami, burdelem, narkotykami. Dobry i naprawdę zawsze uczciwy szeryf zdradza żonę z kochającą Japonką, która z kolei skrywa jeszcze mroczniejsze sekrety. Nie będę tego wyjawiał. Wspominałem o Kingu ponieważ on robi dokładnie to samo; w „Sklepiku z marzeniami” czy „Miasteczku Salem” robi  przegląd amerykańskiego miasteczka. Jednak Lynch robi to mroczniej i...dziwniej. Wykorzystuje do tego wiele różnych symboli.

Symbole to kolejny atut tej produkcji. Główny bohater, agent FBI poznaje coraz więcej sekretów poszczególnych mieszkańców. Jednak on sam jest tu także kluczem do zagadki: ma wizje. I te wizje to jest jedna z najgenialniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek nakręcił Lynch. Objawia mu się Olbrzym a zaraz po tym trafia do Czerwonego Pokoju w któym przemawia do niego Karzeł oraz kobieta wyglądająca jak Laura Palmer(może to ona?). Ten pokój zabada w pamięć, ta rzeczywistość snu. Mówią mu różne rzeczy, których nie będę zdradzał. Co jeszcze z symboli? Nie warto o tym mówić bo właściwie wszystko i wszyscy są tu symbolem. Pojawia się tu szereg prawdziwych(w przeciwieństwie do Olbrzyma i Karła) postaci które wydają się dziwne i mało znaczące ale jednak każda z nich ma w sobie jakiś element klucza do rozwiązania zagadki. Jest to np. Pieńkowa Kobieta. Czyli staruszka która nigdy nie rozstaje się ze swoim..pieńkiem. Traktuje go jak męża. Jest także były gwałciciel(były?), zbzikowany człowiek bez ręki(albo nogi? Już nie pamiętam) który podobnie jak Pieńkowa Dama pojawia się co jakiś czas i "coś wie".

Jeżeli już przy postaciach jesteśmy to warto wspomnieć o ich różnorodności. W nich także zawiera się coś co jest kolejnych atutem serialu; specyficzny humor. Jest np. właściciel tartaku, pozorna łamaga która daje się poniżać swojej żonie, jest żona szeryfa która po uderzeniu w głowe dostaje nadludzkiej siły i myśli, że jest siedemnastoletnią uczernnicą(ta scena gdy rzuca mężczyzną wielkości Pudziana jak kulką papieru- bezcenne!), są wraszcie młodzi ludzie, przyjaciele Laury którzy przeżywają okres dojrzewania co jest bardzo dobrze ukazane. I tak mamy jej największą przyjaciółkę Donna Hayward zakochana bez pamięci w James Hurley któzry to próbują rozwikłać zagadkę śmierci koleżanki. Z każdym kolejnym odcinkiem widzimy jak się zmieniają, jak nowe doświadczenia emocjonalne sprawiają, że stają się dorosłymi ludźmi. Zachwyca w serialu przekrój mrocznych charakterów:Leo Johnson morderca bijący swoją piękną i słodką(ach, jaką słodką!) żonkę, jej kochanek: „zły” nastolatek zajmujący się handelkiem narkotyków u siebie w szkole, Bobby. W każdym z nich jest trochę zła, ale zwierają także pierwiastki ludzkie. Są jednak postacie, które dla widza muszą być odebrane jako personifikacja tego czegoś co nazywamy Złem. Nie będę o nich pisał ponieważ to zepsuję zabawę czytelnikom którzy jeszcze nie widzieli serialu. Ale warto dodać, że główny morderca to nie człowiek(chociaż w postaci człowieka zabijał). A przynajmniej ja to tak odbieram. Tym mordercą jest Zło o którym tyle piszę: kilku ważnych bohaterów ma wizję twarzy człowieka w długich włosach który zaczyna krzyczeć śmiejąc się a jego twarz zamienia się w...w coś. Ta twarz nie jest człowiekiem, dla mnie jest ona tą tajemniczą siłą która jest cały czas obok: która zabiła Laurę a także wiele innych osób.

Klimat, symbolika, humor, groza, główni oraz drugoplanowi bohaterowie: to wszystko sprawia, że mogę z czystym sumieniem nazwać ten serial arcydziełem filmowym. Nigdy przedtem ani nigdy potem nie powstało coś podobnego(nie licząc innych filmów Lyncha). Do tego ta cudowna, tytułowa muzyka! Ten serial wciąga jak heroina. Kiedy go oglądałem był puszczany co sobotę o 2 w nocy na TVP 2 i nic nie mogło mnie powstrzymać by go obejrzeć. Mogło się walić i palić ale kolejny odcinek musiałem zobaczyć by poznać choć odrobinę prawdy w którymkolwiek z wielu wątków serialu. Chciałem zobaczyć jaki jeszcze sekret mają moi ulubieni bohaterowie. A także musiałem zobaczyć swoją ulubioną, śliczną bohaterkę- Audrey Horne graną przez Sheryl Ann Fenn. Grała tu mało znaczącą, ale ciekawą psotać córki bogatego mieszkańca, który przy okazji jest kimś kogo można nazwać Wrednym Chujem. Nieszczęśliwa to córka. I jaka pięna! Zobaczcie w necie jej galerie, warto.

Kończę już tę notkę ponieważ trochę za bardzo się rozpisałem. Pamiętaj: jeżeli nie widziałeś tego serialu a chcesz sprawdzić jak to jest gdy idziesz ulicami swojej dzielnicy i zastanawiasz się co mozę się dziać za ścianami Twoich sąsiadów- sprawdź kto zabił Laure Palmer.


02:20, hildek18
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 listopada 2010
Hmm...umoralnianie?

Kilka dni temu zostałem oskarżony o to, że nie spełniam swoim blogiem misji jaką jest demaskowanie i opisywanie problemów „wokół” mnie. Hmm...trochę się nad tym zastanawiałem: wszak co drugi blog to jest narzekanie na to „jak mi źle”, „jacy ludzie są fałszywi”, „jaka ta polityka jest straszna”. Ja się pytam: czy każdy człowiek, który w jakikolwiek sposób udziela się pisemnie ma obowiązek zbawiać świat w ten sposób? Przecież i tak w moich tekstach jest bardzo dużo(za dużo) narzekania, zwracania uwagi na pewne zjawiska. Kiedyś to robiłem bardziej bezpośrednio, od jakiegoś czasu bardziej dyskretnie, czasem w jakimś fikcyjnym tekście. Właściwie to w prawie każdym na coś negatywnego w moich odczuciu zwracam uwagę(tekst o Stanisłąwie Staszewskim, poważny problem przedstawiania żołnieży podziemia polskiego) Raz łatwiej, raz trudniej to dostrzec. Ot, chociażby w swoim ostatnim absurdalnym tekście. Poruszyłem tam ważne zagadnienia związane z literaturą i cały tekst jest jednym, wielkim pytaniem retorycznym nad sensem treści, formy, a nawet misji pisarskiej. Zadawali jej już Witkacy, Gombrowicz, Mrożek. Zadałem je i ja...ale zaraz! Przecież to nie jest ważny problem, mało „życiowy”. Hmm....można by jeszcze dodać, że ma „małą wartość społeczną i nie spełnia wymagań jakie lud stawia osobie piszącej”. Ale ja znów skrytykuję to oskarżenie pytaniem: dlaczego każdy powinien mieć obowiązek takiego altruistycznego podejścia? Przez lata stawiano pisarzom wielkie cele, oni sami podnosili swoje ego do jeszcze gargantuiczniejszych* rozmiarów spełniając misję dziejową, umolarniającą, wskazującą drogę. Mówili co jest dobre a co złe. Nie mam do nich o to pretensji: Moleria, Tołstoja, Czechowa, Gogola cenie właśnie za tę zdolność demaskowania. Lecz nie każdy ma taki talent: ja pisarzem nie jestem(chyba, że weźmiemy dosłowną definicję i każda osoba cokolwiek pisząca i to publikująca może nazywać się tym mianem), nie mam tej zdolności demaskowania w tak piękny sposób, a może i mam bo często w nieoczywisty i literacki sposób zwracam na jakieś zjawisko uwagę, ale nie chcę i nie mogę nikogo umoralniać(mimo to i tak to robię, niestety). Dlatego, że nie czuje takiej potrzeby a raczej, nie czuję się kompetentny. Moja filozofia jest dość pesymistyczna i zepsucie(oraz głupota) człowieka jest nie do nadgonienia i nie do uratowania. Ponieważ czym człowiek się więcej uczy, ma obowiązek szkolny, wpaja mu się tyle wartościowych informacji a mimo to społeczeństwo staje się coraz głupsze, wredniejsze, zmanipulowane, nie myślące własnym mózgiem tylko pytające się „gadających głów” w telewizji co jest dobre a co złe, to co może ich uratować? Dzisiaj umoralniania nikt nie chce słuchać. No, chyba, że to jest szczytna akcja na facebooku: tylko, że wtedy to jest moda a nie własna inicjatywa. Podsumowując: nie będę umoralniał ponieważ nie widzę w tym odrobiny sensu z powodu wyżej wymienionego ale także dlatego, iż nie czuję się odpowiednim do tego człowiekiem. Różne wartości zbyt często się zmieniają w swojej ważności według mojej własnej oceny. Nie mogę mówić co jest dobre a co złe w tym co robią ludzie jeżeli sam nie wiem czy to jest złe.

 

Jeżeli to co piszę w swoich wszystkich notkach nie jest wystarczające w wskazywaniu pewnych problemów to co byłoby satysfakcjonujące? Coś takiego:

  • Ludzie są źli. Dziś widziałem jak dwóch nastolatków pobiło bezbronnego żula.

  • Gazeta wyborcza, tvn i tvp manipulują ludźmi. To takie smutne, że z ludzi są robione szmaty wyciskane z własnej osobowości.

  • Pani była z panem ale pani go zdradziła. To smutne i złe.

 

Takie proste wskazywanie palcem uważam za idiotyczne. Przecież 90% tego co napisane w prasie, na blogach, w książkach to coś takiego. To jest pożyteczne: ale pożyteczne też jest pisanie o czymś „mniej przyziemnym”. O muzyce, o książkach, czasem o fikcyjnych wydarzeniach. Dla mnie nudne jest pisanie o problemach bardzo przyziemnych: jeżeli napiszę o upadku współczesnej metafizyki to dlatego, że uznam, iż ten temat porusza się zbyt rzadko. O wadach ludzkiego zachowania niech piszą inni. Nie chcę być kolejny. Kaznodziejów i tak jest zbyt wielu. Fałszywych proroków.

 

 

 

 

 

 

*  http://pl.wikipedia.org/wiki/Gargantua_i_Pantagruel

12:55, hildek18
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Blog o tym co proste i trudne, bliskie i dalekie. Proza własna, ocena prozy cudzej. Film, czasem teatr. Wszystko, w tym własny, bardzo subiektywny sposób patrzenia na świat. kontakt: hildek18@gmail.com